Ciało młodej kobiety spoczywało na
wilgotnej trawie usłanej jesiennym listowiem. Jej blada sylwetka była
widoczna tylko dzięki księżycowi, który tej nocy wędrował po
niebie wyjątkowo nisko, tak jakby chciał dokładnie przyjrzeć się delikatnej
postaci i odziać jej przezroczyste, eteryczne ciało w swój blask
nadając jej tym nieco cielesności.
Przerażona i zagubiona leżała
nieruchomo niedaleko niewielkiego kościoła pomiędzy
wszechobecnymi kamiennymi płytami wystającymi z ziemi. Jej ciało
drżało ze strachu i zimna, a szumiący wiatr rozbijający się o
bezlistne drzewa potęgował negatywne odczucia.
Objęła zakrwawionymi rękoma swoje poranione kolana chcąc dodać sobie odrobinę ciepła i otuchy. Panika minęła już jakiś czas temu, teraz odczuwała odrętwienie i współczucie do samej siebie. Była sparaliżowana strachem, ale jednocześnie czuła się wydrążona od środka, pusta aż do istoty jej bytu, do istoty tego kim była i kim się stała.
Była sama. Bezbronna, bezradna i bezsilna.
Jedyne co posiadała to śnieżnobiała marmurowa płyta z jej imieniem i nazwiskiem wkopana w świeżo skopaną ziemię.